|
Tym razem jednak pełen sukces. Nareszcie! I dzięki Bogu, bo znów zamiast pokazania jacy jesteśmy piękni i zaradni, pozostawilibyśmy tubylców w kultywowanym od setek lat przekonaniu odnośnie naszych organizacyjnych talentów.
Wczoraj, 13 września byliśmy dumni! Dumni i wspaniali. My, Polacy, na scenie eleganckiego klubu jazzowego Nefertiti, który w swej długiej historii gościł najlepszych z najlepszych, pokazaliśmy, na co nas stać!
 |
|
Michał Urbaniak (l.) z autorem korespondencji
|
Mówię "my", jakbym to sam stał na owej estradzie, choć w napawaniu się patriotyczną dumą wyręczał nas zespół trojga młodych dżentelmenów o nazwiskach dźwięczących kwintesencją samej muzyki: Krzysztof Dziedzic, Wojciech Karolak i wspomniany z szacunkiem w tytule Michał Urbaniak.
To, z czym panowie przyjechali, zostanie na długo i na zawsze w naszych sercach, uszach i pamięci. Nawet jeśli pod koniec kilkugodzinnego koncertu owa pamięć przy niektórych stolikach... no co tu dużo gadać: wiadomo, uniesienia artystyczne na sucho uchodzą tylko abstynentom, do których jako pilnemu obserwatorowi z reporterskiego obowiązku przyszło mi się zaliczyć.
Filarów polskiego jazzu, panów Michała i Wojciecha przedstawiać nikomu nie trzeba. Tu, w Göteborgu znani są nie mniej, niż w Tokio, Nowym Jorku czy Starym Sączu. Natomiast furorę w kręgach znawców i amatorów zrobił Krzysztof Dziedzic, niespełna trzydziestoletni perkusista z Bielska Białej rodem, a z nieba rytmu duszą. Zaprezentował komplet tego, czym można zaimponować uderzeniami szczotek i pałek w dźwięczące blachy i huczne werble oraz bębny.
 |
|
Krzysztof Dziedzic (z lewej)
|
Są muzycy, którzy przekazując emocje z serca wprost do widowni, napotykają po drodze na niedyskretną obecność instrumentu nie zawsze chcącego przekazać w stu procentach to, co miało być powiedziane.
Krzysztof Dziedzic okiełznał i podporządkował sobie materię, uduchowiając ją na własny wzór i podobieństwo. Pomiędzy nim a nami, słuchaczami, nie było nic. Nawet perkusji. Była tylko muzyka. Akompaniując dyskretnie Paganiniego godnym popisom mistrza Urbaniaka zdawało się, że był między pięcioma strunami jego skrzypiec, podobnie jak stanowił idealną jednię muzyczego istnienia z klawiszami Karolakowego Hammonda. Solowe popisy pominę, bo nie ochłonąłem jeszcze z wrażenia uniemożliwiającego potrzebny do oceny dystans.
Co by nie powiedzieć, rzadka to sztuka i niesłychana, aby głośne bębny zagłuszyć wspaniałym rytmem nie mniej wspaniałego serca. Młodzieńczego, a jakże dorosłego i dojrzałego.
Pozwolę sobie złożyć serdeczne podziękowania sekstetowi Michała Urbaniaka za wczorajszą ucztę, zaś Instytutowi Polskiemu gratulacje za pomysł obdarowania Göteborskiej publiczności jakże wspaniałym prezentem. Tak trzymać!
|